Caminito del Rey -czy wyprawa z dzieckiem to szaleństwo?

W momencie, gdy już było pewne, że w tym roku odwiedzimy Andaluzję, wiedziałam, że chcę to zobaczyć na własne oczy. Nie wiedziałam tylko, czy damy radę to przejść z dwójką dzieci (8 i 12 lat). Zdjęcia, które widziałam w internecie były zarazem fascynujące i przerażające… W dodatku czarna przeszłość tego na wskroś niesamowitego miejsca jeszcze bardziej mnie zaintrygowała. Mowa o Caminito Del Rey, czyli Ścieżce Króla w Andaluzji (Hiszpania), nazywanej do niedawna najniebezpieczniejszą ścieżką wspinaczkową świata. Dlaczego do niedawna? Czy doprawdy oszalałam, że zabrałam w takie miejsce dzieci? O tym w istocie jest ten artykuł.

Wszystko zaczęło się od pewnego filmu na You Tube, który kilka lat temu pokazał mi mój mąż. Jakiś szaleniec przechodził po rozpadających się wąskich kładkach nad ogromnymi przepaściami. Miejscami w betonowej nawierzchni były ogromne dziury i widać było, że stopy szaleńca opierają się jedynie na zardzewiałym, stalowym rusztowaniu szerokości połowy buta. Pomyślałam wtedy: co za niedoceniający życia narwaniec, z resztą zobaczcie to sami:

I wiecie co? Byłam tam i przeszłam całą Ścieżkę Króla! Ba! przeszliśmy ją całą rodziną! Moja opinia na temat wygłupów tego typu wypraw nie zmieniła się ani na jotę, za to zmieniło się tamto miejsce.
Ale po kolei…

Najniebezpieczniejsza ścieżka wspinaczkowa świata

Niechlubną sławę Ścieżce Króla przyniosła tragiczna śmierć ludzi, którzy podjęli ryzyko jej przejścia. W 1993 roku do dziury w betonowej ścieżce wpadła przebywająca na obozie letnim 13-letnia uczennica, w 1999 i 2000 wąwóz pochłonął kolejne 5 ofiar. Po tych wypadkach władze podjęły decyzję o zamknięciu El Caminito. Usunięto pierwsze 30 metrów ścieżki z obu jej stron oraz wprowadzono karę pieniężną dla tych, którzy złamią zakaz odwiedzania. Czarna sława nie powstrzymywała doświadczonych wspinaczy, którzy nie tylko dzielili się informacjami jak dostać się na ścieżkę, ale nawet zbudowali via ferratę umożliwiającą pokonanie 30 metrowej przerwy. W 2013 roku pod ciężarem włoskiego wspinacza Ferruco Sacco zerwała się lina zastępująca brakującą drogę. Włoch spadł ponad 80 metrów i jak sam powiedział „życie zawdzięcza w 10% adrenalinie, a w 90% aniołowi stróżowi”. Upadł pomiędzy kamienie, wprost do wody, plecak nie tylko złagodził uderzenie, ale zadziałał jak boja wypychając śmiałka ku powierzchni. Wartki nurt rzeki porwał go 100 metrów dalej, gdzie udało mu się wyjść na skały. Z dna wąwozu wyciągnąć go musiał helikopter.

Odbudowa ścieżki i stan dzisiejszy

Rok po tych wydarzeniach podjęto prace rewitalizacyjne El Caminito del Rey. Poprzedziła je 3-letnia analiza i mnóstwo przygotowań. Początkowo sądzono, że najłatwiej będzie naprawić istniejącą betonową kładkę. Koszt miał wynieść ponad 18 milionów Euro ale okazało się, że nawet taka suma nie gwarantuje sukcesu projektu. Naprawę więc zarzucono i postanowiono zbudować nową kładkę składającą się z powtarzalnych elementów, w miarę łatwych do transportu i montażu na ścianie.
Pomiary robiono przy użyciu nowoczesnych technologii: dronów i dalmierzy laserowych, wszystko by wykluczyć jakiekolwiek błędy. Sama instalacja trwała rok, a na konstrukcję zużyto 4000 drewnianych paneli i 1,5 kilometra stalowych podpór pociętych na 1-metrowe kawałki. Montaż wykonało 12 wspinaczy z pomocą 20 pracowników.
Koszt zamknął się w 2,7 mln Euro czyli ułamkiem początkowych założeń.

Na przejście odnowionej Ścieżki króla mąż mnie nie musiał namawiać. Nawet lepiej! Pokonałam ją z lekko skręconym kolanem (kontuzji nabawiłam się wcześniej)!
Piszę to, żeby przekonać nawet największych tchórzy i leni do ruszenia się z kanapy. To naprawdę nie jest trudne, a widoki jakie na Was czekają z nawiązką wynagrodzą tę odrobinę trudu jaki trzeba sobie zadać.

Niewiarygodne widoki i odrobina adrenaliny

Tego co zobaczycie na szlaku El Caminito Del Rey słowa nie są w stanie oddać. Powiem tak: ze względu na bezpieczeństwo – poczujecie się niemal jak na sopockim molo, ze względu na widoki – jak wieloletni wspinacz wysokogórski.

Ściany wąwozu wspinają się stromo i wysoko ale nie zabierają słońca przez co wszystko jest świetnie oświetlone i bezwstydnie obnaża swoje uroki. A jest co oglądać! Spojrzenie w dół, gdzie jest już trochę cienia, wyławia płynącą kanionem rzekę i głębokie „dziury”, których dna czasami nie da się wypatrzeć.

Spoglądajcie od czasu do czasu ponad skały, może uda się wam wypatrzyć orły, ja zobaczyłam chyba kilkanaście kołujących łowców. Może bedziecie mieć nieco więcej szczęścia i waszym oczom ukaże się zgrabnie skacząca po skalnych występach górska kozica.

Po przeciwnej stronie wąwozu ciągnie się nitka torów wwiercająca się tunelami w kilku miejscach w góry. Bywa, że z takiego otworu wyskakuje nagle, jak wkład z długopisu, pociąg z kilkoma wagonami, a motorniczy pozdrowi was solidnym gwizdem (trzymajcie się wtedy poręczy, bo echo jest niezłe)

Wędrówka przez El Caminito składa się z dwóch wysokich partii wyraźnie oddzielonych od siebie przejściem przez prawie płaską i rozległą dolinę. Można tu zobaczyć zrujnowany dom, łagodne stoki na których wypasano niegdyś kozy, ciągnący się wzdłuż ścieżki nieczynny już tunel i kilkanaście stojących w cieniu drzew ławeczek. To świetne miejsce na przystanek, napicie się wody czy uzupełnienie utraconych kalorii.

Widoki południowej czyli leżącej bliżej wioski El Chorro części Ścieżki króla naprawdę zapierają dech w piersiach. Dopiero tutaj przekonałam się jaką szaleńczą brawurą wykazywali się ci, którzy zapuszczali się tu w czasach przed odbudową. Stara ścieżka ciągnie się tuż pod nową i rzut oka na nią sprawia, że człowiek ma ochotę wczepić się w barierkę, zamknąć oczy i nie puszczać jej aż do nadejścia pomocy. No, trochę przesadziłam – pomoc nie była mi potrzebna do końca dotarłam o własnych siłach. Ale w myślach wciąż miałam tablicę wyznaczającą lądowisko dla ratunkowego helikoptera.

Wycieczkę wieńczy przejście przez most wiszący pomiędzy ścianami wąwozu. Tu wieje mocno wiatr, most się kołysze więc scenografia może być wzorcem do scen z filmów Hitchcocka, np. „Vertigo” ze mną w roli Jamesa Stewarta.

Potem jest już tylko końcówka, ale za to jaka! Schodząc czułam się jak ptak krążący nad ogromną przestrzenią leżącej poniżej doliny. Po zejściu, z okien autobusu, miałam okazję zrozumieć jak wysoko to było i jak niesamowicie.

Polub mnie

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

avatar
wpDiscuz